Wbrew obliczeniom

Sprawa wynalazku p. Alojzego Kowalskiego i jego przyszłe zastosowanie, budzi zrozumiałe zainteresowanie. Nazwisko to stało się niemal symbolem pewnej sprawy. Krążą nawet liczne dowcipy na ten temat, a kolejny petent przychodzący do Urzędu Patentowego może usłyszeć zdanie: „Nie bądź pan taki Kowalski".

Jak by jednak sprawy nie rozpatrywać, faktem jest, że przebicie się pojedynczego wynalazcy ze swym pomysłem do przemysłu jest niezwykle trudne, a niekiedy wręcz niemożliwe do zrealizowania. Prześledźmy dla przykładu drogę wynalazku, któremu Urząd Patentowy PRL nadał nr 100893.

Pan Andrzej Jakubowicz z Poznania, z zawodu technik budowlany, jest człowiekiem związanym z motoryzacją od 1964 roku, kiedy to kupił motorower Komar. Jeździł nim spokojnie, spalając nie 2,5 l etyliny, jak określała fabryczna norma, a około 3 litrów. Nie to jednak stało się jego troską, gdyż ówcześnie paliwo było bardzo tanie. Chciał jeździć szybciej. Niektórzy „domowi wynalazcy" zmieniali koła zębate przekładni w motorowerach, co umożliwiało szybszą jazdę, jednak kosztem znacznego zwiększenia zużycia paliwa Pan Andrzej Jakubowicz rozpoczął od teoretycznego przygotowania się do tematu. Czytał literaturę fachową, opisy nowatorskich rozwiązań silników dwusuwowych, w których mieszanka napływająca z gaźnika do skrzyni korbowej sterowana jest specjalnymi urządzeniami. Byty to przepustnice obrotowe, zawory z płytkami sprężystymi, które zawsze wymagały dużych przeróbek korpusu silnika lub zastosowania materiałów niedostępnych w kraju. Jego piwnica stała się laboratorium doświadczalnym, z którego w początkach lat siedemdziesiątych wyjechał Komar z zamontowanym, między gażnikiem a silnikiem, u-rządzeniem wielkości pudełka papierosów. Stwierdził, że swoim wehikułem może poruszać się z szybkością przekraczającą 50 km/h, a co zupełnie go zaskoczyło, to fakt, że silnik stał się bardziej ekonomiczny - przy szybkości 40 km/h spalał ok. 1 litra etyliny i nie zostawiał smugi spalin. Wtedy uznał, że jego urządzenie może przydać się posiadaczom dwusuwów. Dopracował szczegółową dokumentację i 9 października 1974 roku zgłosił wniosek patentowy do Urzędu Patentowego PRL.

Dzisiaj mówi, że wtedy popełnił błąd. Powinien na własną rękę budować swoje urządzenie i po słonej cenie montować zainteresowanym.

Czasy oszczędzania paliwa jeszcze wtedy nie nadeszły, więc nikt się nie spieszył. Patent tymczasowy nr 100893 otrzymał 14 lipca 1979 r. Urządzenie składające się tylko z 17 elementów, okazało się jednak nikomu niepotrzebne. Po co - byliśmy wtedy bardzo bogaci, więc skąd miałby niby znaleźć się klient sprzyjający oszczędzaniu. Nie dotarło jeszcze do nas, że najbardziej oszczędzają najbogatsi i dlatego są... najbogatsi!

Dyrektor fabryki w Nowej Dębie produkującej silniki motocyklowe wyraźnie oświadczył Jakubowiczowi, że nie jest zainteresowany usprawnianiem silnika dwusuwowego, gdyż z tej produkcji niedługo się wycofają. Po takim potraktowaniu wynalazca nie zdziwił się, że specjalnie powołana komisja zakładowa stwierdziła, że jego pomysł nic nie daje. Odesłano Komara i wtedy p. Jakubowicz stwierdził, że badań na hamowni nie przeprowadzono - pomimo dokumentu, jaki otrzymał z rzekomymi wynikami. Silnik z całą pewnością nie był wyjmowany z ramy, o czym świadczyły nienaruszone, a specjalnie oznakowane przez wynalazcę śruby mocujące. Poza tym zobaczył, że zamiast cienkiej uszczelki pod głowicę, wstawiono grubą blachę, która uniemożliwiała uzyskanie właściwego stopnia sprężania.

Autor wynalazku był jednak uparty. Zapukał do drzwi FSM w Bielsku-Białej. I ta Fabryka nie potrzebowała wynalazku. Kończyła właśnie produkcję Syren, a nie była już zainteresowana tymi, które jeżdżą i nadmiernie spalają paliwo.

W kraju pokutowało twierdzenie, że dwusuw to silnik przeszłości i nic w nim zaoszczędzić się nie da - czas mu zrobić miejsce w muzeum techniki. Dopiero informacja prasowa z 1977 roku, że zakłady Toyota wyprodukowały silnik dwusuwowy, który spala połowę dotychczas zużywanej benzyny, a do tego emituje mniej szkodliwych związków spalin, pozwoliła Jakubowiczowi dalej walczyć i wierzyć, że być może kiedyś zwycięży.

Próbował zainteresować producentów innego rodzaju silników dwususowych, które pracują w licznych urządzeniach przemysłowych. M.in. Zakład Przemysłu Maszynowego Leśnictwa Dolpima we Wrocławiu. Nie znalazł jednak życzliwych. Próbował zainteresować studentów Politechniki Warszawskiej, którzy wykorzystywali jego opracowanie w pracach dyplomowych - też nic z tego nie wynikło.

Na początku 1980 roku zainteresował się wynalazkiem Jakubowicza Przemysłowy Instytut Motoryzacji. Potem nastąpiła kompletna cisza.

W połowie 1985 roku prasa podała informacje o wynikach 10-letnich badań australijskiego inżyniera Ralpha Saricha, którego firma skonstruowała model silnika dwusuwowego, charakteryzującego się znakomitymi osiągami. Jest on trzy razy mocniejszy na jednostkę masy niż przeciętny silnik czte-rosuwowy, zużycie paliwa zostało zmniejszone o przeszło 25 proc., a przy tym emisja spalin odpowiada najsurowszym normom amerykańskim.

Na początku lutego br. Urząd Postępu Naukowo-Technicznego i Wdrożeń zainteresował się wynalazkiem, jego przedstawicielom wynalazca zaproponował zapoznanie się ze swoim patentem na miejscu, u siebie. I... cisza trwa dalej!

Kiedy ostatnio rozmawiałem z p. Jakubowiczem okazało się, że sprzedał już swój motorower. Na moje pytanie, czy nie boi się, że ktoś teraz po terminie ważności patentu ukradnie po prostu jego wynalazek, odpowiedział spoglądając na kilkukilogramowe tomisko pism od instytucji: - Gdyby ktoś to zrobił, to wiedziałbym, że moja praca nie poszła na marne. Ja już straciłem serce do tego pomysłu. Chciałbym chociaż, żeby ktoś zainteresował się, zbadał naprawdę urządzenie i orzekł, czy rzeczywiście żadnych korzyści ono nie przynosi. Tylko wtedy niech wyjaśni mi, dlaczego już w drugich rękach mój motorower w dalszym ciągu obywa się 1 litrem paliwa na 100 km?

Nie badałem wynalazku Pana Jakubowicza. Przeglądałem natomiast zgromadzoną dokumentację. Gdyby zajęto się projektem p. Jakubowicza tak sprawnie, jak „turbinką" Alojzego Kowalskiego...

Wydaje się, że na losach wynalazku z Poznania zaciążyła opinia doc Jarnuszkiewicza z Politechniki Krakowskiej, wykonana jeszcze w 1976 roku. W swojej opinii napisał, że zawór płytkowy w proponowanym urządzeniu - zastawka zamykająca i otwierająca dopływ mieszanki do cylindra - nie wykona jednego cyklu ruchu podczas suwu tłoka. Jakubowicz twierdzi, że autor tej opinii niewidział w ogóle jego wynalazku, bowiem sam fakt uruchomienia silnika i jazdy motorowerem zaprzecza tej opinii. Docent stwierdził to na podstawie, jak podał w opinii, prostych obliczeń, których jednak nie zacytował.

A jednak jeździ! - twierdzi dalej Andrzej Jakubowicz, który zamierza oprawić i przekazać dokumentację wnukom. Mimo to osiąga jednak dzisiaj małe satysfakcje. Ostatnio zgłosiło się do niego kilku zapaleńców, którzy już budują i montują zawór pulsacyjny jego pomysłu w swoich Wartburgach i Syrenach.

Osobiście mam cichą nadzieję, że przyjdą jeszcze dobre czasy dla poznańskiego wynalazcy. Może zainteresują się nim właściwe instytucje, jak doktorem Wolskim, panem Wydrą z Lublina czy inżynierem Finkiem z Gdańska?

KRZYSZTOF POTOCKI - Motor 1 czerwca 1986




ROMET OGAR SPRZEDAM

Powrót na stronę motorowerów